Kategorie: Wszystkie | kuchnia malucha
RSS
czwartek, 20 lipca 2017

Koleżanka wyszła za mąż. Nie zaprosiła mnie nawet na ślub. Mimo, że mieszka prawie obok mnie i kiedyś byłyśmy naprawdę blisko. Od jakiegoś czasu nie utrzymywałyśmy kontaktu bo urodziłam dziecko i jak wiadomo przestałam być atrakcyjna towarzysko. I te emocje, które towarzyszyły mi po porodzie odżyły we mnie na nowo.

Było mi przykro, że mnie nawet na cholerny ślub nie zaprosiła, choć w zasadzie nie powinno. Ale poczułam się jakoś totalnie zepchnięta na margines. 

Singielki i dziewczyny w związkach bez dzieci nie lubią matek. Może nie wszystkie ale ja tego doświadczyłam. Chociaż nie jestem osobą, która w towarzystwie opowiada o kupce swojego dziecka. Jest tyle fajnych tematów do rozmowy. A jednak wypadasz z obiegu. Jakbyś przestała istnieć z chwilą, kiedy w twoim życiu pojawia się maluch. Na początku tak boleśnie to odczułam. Czy nie ma już ze mną o czym rozmawiać? Czy przestałam być sobą? Co jest nie tak? Nie mogłam tego zrozumieć. Koleżanki unikały mnie jak ognia. Co ja takiego zrobiłam - pytałam siebie.

I te dziwne spojrzenia, kiedy idziesz z dzieckiem. Czy tylko ja to tak odczuwam? Pewnie gadają za moimi plecami, że się zapuściłam, że one jak urodzą to nigdy w życiu tak nie będą wyglądać, że bez przesady.

I osiągasz level rodzicielstwo. I przyjaźnie okazują się gówno warte, bo przyjaźń znajdujesz w osobie partnera, matki, babci czy kogokolwiek z rodziny. A tzw przyjaciółka to ci może jedynie tyłek obrobić. Bo ma cię gdzieś. I może przypomni sobie o tobie jak będzie chciała złożyć wniosek na becikowe jak dziecko urodzi. To tyle z przyjaźni.

10:47, ms.blond
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 lipca 2017

Niemąż chciał w ramach wizyt starszego syna wziąć go na rower. Taka męska wyprawa tylko tata i syn, bez młodszego ogonka i beze mnie. Czas tylko dla nich.

Szanowna ex nie pozwoliła, bo uwaga - "nie ty kupowałeś mu rower, chcesz z nim jeździć to mu kup". Niemąż stwierdził, że rower chciał mu kupić na komunię, a ex stwierdziła, że dziecko nie miało na czym jeździć to musiała mu kupić.

Brak słów. Ma rower ale nie może na nim jeździć z tatą. My mamy rowery, ale żaden z nich nie nadaje się dla chłopca w tym wieku. Albo za wielkie, albo za małe.

W zasadzie z tatą to on nic nie może.Ma tyle zakazów, że czasem ręce opadają.

Wczoraj chcieliśmy jechać do aquaparku. Też mu nie wolno, bo ma chrypę. Chrypę wymyśloną. Upał na dworze, lato a dziecko nie może na basen. Wyszedł do auta z miną cierpiętnika " ja wcale nie mam chrypy" żali mi się "mama po prostu nie chce, żebym się z tatą dobrze bawił" I łzy w oczach.

Niemąż zadzwonił i przekonywał, że woda w basenie ma ponad 30 stopni, że to kryty basen, że my też jedziemy z małym i zadbamy, żeby starszy był porządnie wytarty i wysuszony etc. No idiotyzm ale już nic nie mówię.

Zgodziła się. Jakim cudem to nie wiem. Może ktoś jej uświadomił, że robi źle.

Musieliśmy co prawda kupić kąpielówki i klapki ale co tam. Starszy wyznał mi, że nigdy nie był na takim prawdziwym basenie i jest spięty. I początkowo naprawdę był, ale jak zaczęła się zabawa to już nie chcieli wyjść do domu.

I ojciec był zrelaksowany i szczęśliwy i chłopcy też. I ja w sumie też, bo lubię patrzeć jak się dobrze bawią.

Ja dziecko ojca, który nigdy mnie nie odwiedzał, który się nas wyparł i miał nas gdzieś, dziecko, które nie ma żadnych miłych wspomnień z tatą, żadnego spaceru, wyjścia na basen, zabaw, mocno im kibicuję, by ten ich czas był naprawdę fajny. Moja perspektywa mówi, że to cenne, że mimo, że im się nie ułożyło, to ich dziecko spędza fajny czas ze swoim tatą. Nie mogę zrozumieć jego matki, która ma nowego partnera, jest szczęśliwa, tak bardzo krzywdzi dziecko, myśląc że krzywdzi jego ojca.

08:26, ms.blond
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 lipca 2017

Chciałabym powiedzieć, że jest super, że wszystko się cudnie poukładało. Ale jakoś wszystko się chrzani. W życiu tak niewiele rzeczy dzieje się po naszej myśli.

I żyli długo i szczęśliwie to tylko w bajkach. A ja od dawna nie lubię bajek. Lubię prawdę. Szczerość, choćby nawet bolała. I zabolała.

Niemąż kompletnie się rozsypał i przyznał się, że zdarza mu się brać narkotyki. Że nawet tego nie lubi ale miał dość sytuacji, stresów i napięcia. Nie było to jak grom z jasnego nieba. Podejrzewałam. Może nawet wiedziałam, ale nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Nadmiernie go sprawdzałam, popadając w paranoję. Powiedział. I nagle zeszło z nas powietrze. Ja przestałam sprawdzać jak szalona, a on odczuł ulgę, że się przyznał on chce z tym skończyć. Wrócił do leków na depresję. Zdawało mu się, że radzi sobie ze wszystkim, że super, a tak naprawdę to było gówno prawda. I ja to wiedziałam. Ale zmusić 40latka do czegokolwiek. Szkoda mi go. I jestem tak cholernie wściekła.

Zaczynamy wspólną terapię. To była jego propozycja i prośba. Musimy nauczyć się siebie na nowo.Zamknąć stare sprawy, umieć sobie wybaczyć. Nie wiem czy to coś zmieni. Nie mam nic do stracenia.

Duszę w sobie te nasze problemy, nie mam z kim o nich porozmawiać. Bo wstyd. Bo komu powiem, że dorosły facet tak się rozsypał i zawodzi kolejny raz. Tylko tym razem samego siebie.

Zmienił pracę. Kolejna ucieczka. Kolejne "spróbuję od nowa". Ja tak to widzę. Pracował tam ponad rok. Ale nie radził sobie w grupie i przede wszystkim z pracą na akord, z narzuconym chorym celem i wynikiem do zdobycia, wchodził w konflikty, był nerwowy. Wracał do domu napięty jak struna, wyżywał się na otoczeniu.Do nowej pracy poszedł z nową energią. Może mu pomoże. Robi coś zupełnie innego, dużo spokojniejszego. Boję się, że za miesiąc dwa usłyszę znowu "chcę zmienić pracę". Ucieczka od problemów nic nie da. Trzeba umieć stawić im czoło.

Finansowo powoli wychodzimy na prostą. Miniony miesiąc był naprawdę niezły. Niemąż brał wszystkie nadgodziny w starej pracy i pracował jak szalony. Wynik pozytywnie nas zaskoczył. Nadrobiliśmy trochę strat i byliśmy parę razy na dobrej kolacji i zabraliśmy mamę do Lichenia bo bardzo chciała. Jeszcze myślę dwa lata trudne i będzie nieźle. Ciągle mu to powtarzam, ale on chyba nie dostrzega jak wiele już zrobił, jak ciężko pracował. Zamiast docenić swój sukces użala się nad sobą i popada w marazm i podejmuje idiotyczne decyzje. Po co mu to? Zapytałam. Sam nie umiał odpowiedzieć.

Martwię się o młodego. Przestał jeść. Może to przez nas. Przez sytuację domową. Zadaję sobie milion pytań. Co robię źle. A jeśli nie to czy jest chory? Czy to normalne że trzylatek nie chce jeść prawie nic?

On nigdy nie był jakimś szalonym obżartuchem ale teraz to się kompletnie posypało. W zasadzie prawie nie je. Obiadów to nie je od dobrych dwóch tygodni. Pije, śniadanie, kolacja w postaci jakiejś kanapki to jeszcze ale jakiś ciepły posiłek, cokolwiek innego to dramat. Posiłki u nas w domu stały się koszmarem. Ja naprawdę świetnie gotuję. Urozmaicam posiłki, wymyślam. Staram się z całych sił zachęcić młodego, gotujemy razem. A potem nie. On jest najedzony chociaż przez wiele godzin nie tknął nic. Mówi, że ma duży brzuch i już się najadł. A przez cały dzień zjadł ledwie pół kanapki. Można oszaleć. Przestałam uczestniczyć w jego posiłkach bo wpadam w złość. Nie umiem się pohamować, wrzeszczę. Martwię się. Przecież musi jeść, inaczej skończy się szpitalem. A dla mnie szpital to gwóźdź do mojej trumny. Trauma, której panicznie się boję.

Zrobiliśmy badania pod kątem pasożytów. Nic. Mocz. Wszystko ok. Badania krwi chyba w normie. Dziś idę skonsultować je z pediatrą. Może mi podpowie.

Staramy się spędzać z małym sporo czasu. W weekend byliśmy na basenie zarówno w sobotę i niedzielę. W tygodniu jeździmy na krótkie wycieczki, odwiedzamy różne place zabaw, żeby mały się wybiegał, pobawił z rówieśnikami. Telefon i tablet schowany na dnie szafy.Młody pytał pierwszego dnia. Wczoraj pierwszy raz od dawna chciał przeczytać książeczkę. Niemąż gra z nim piłkę. Byliśmy też w kinie, chociaż to była totalna porażka.

I wciąż się tulimy. Mały woła "tulachy" i wtedy musimy we troje się przytulić i dać sobie buziaki.

Ale on nadal nie je.

15:42, ms.blond
Link Komentarze (1) »
środa, 28 czerwca 2017

Poranek. W planie badania z młodym. Od kilku tygodni ma bóle brzucha, brak apetytu. Badania trzeba zrobić nie ma rady. Krew, mocz, kał.

Wiadomo jak to z 3 latkiem. Nic nie da się zaplanować. O pobraniu próbki na zawołanie mowy nie ma. Pojechałam do pracy.

Z domu dali mi cynk, że młody wstał. Zrobił co swoje można jechać.

Przychodnia przyszpitalna. Na drzwiach jak byk kartka, żeby przepuszczać kobiety ciężarne i matki z dziećmi. Każdy rozsądny człowiek wie, że dla dziecka taka sytuacja to stres. Kolejka to stres i oczekiwanie na badanie krwi, którego panicznie się boi to stres. Młody wczepiony w ojca jak małpka, płacze od wejścia. Już poznaje te drzwi, już płacze "mamusi ja chcę do domu, odź domu, plose"

Grzecznie pytam "czy byliby państwo tak mili i przepuścili nas z synkiem, on tak się boi i nie da rady w tej kolejce tak długo"

Odpowiada mi cisza. Kilkanaście par oczu. Głownie kobiety w wieku bliżej emerytalnym. Dwie dziewczyny w ciąży i jeden mężczyzna.

Ponawiam pytanie a młody coraz głośniej płacze ze strachu.

Wstaje pani z laską " O nie! Ja mam ponad 70 lat proszę pani i jestem chora i to ja powinnam wejść bez kolejki w zasadzie"

Patrzymy z niemężem na siebie. On już wyraźnie się gotuje. Cicho do mnie mówi "Rydzyka to by przepuściły" Wychodzi z młodym na powietrze, uspokaja. Pytam kto jest ostatni. Cisza. Wszyscy się gapią. Mam ochotę krzyknąć "ludzie, co wy wyprawiacie" ale pytam ponownie "kto jest ostatni".

W końcu odpowiada mi stojąca naprzeciw mnie dziewczyna, jakby mnie w ogóle nie słyszała "Ja jestem ostatnia".

Szok i niedowierzanie.

Nadchodzi kolej jedynego mężczyzny w tej kolejce. "Proszę państwa, ja państwa przepuszczę. Dziecko się boi, jest na pewno głodne i nie ma potrzeby przedłużać jego stresu.Proszę bardzo"

Na te słowa podrywa się 70latka która na mnie nawrzeszczała. "to jak tak, to ja idę bez kolejki, ja powinnam a nie dziecko" I weszła bez pardonu do gabinetu pobrań.

Nie mogłam uwierzyć. Nikt nie zareagował.

Podziękowałam mężczyźnie za okazane serce. Byłam zszokowana, że głownie kobiety nie były w stanie zlitować się nad przerażonym maluchem. Czyjeś matki, babki. Niemąż raz przepuścił ojca z synkiem to go prawie zlinczowali.

Weszliśmy. Młody w panice. Mnie pot leciał po plecach z nerwów.

Gdy wychodziliśmy jeszcze szlochał wczepiony w niemęża. Głośno powiedziałam do zebranych wychodząc. Dziękuję paniom bardzo, do widzenia.

Nadal jestem w szoku.

14:43, ms.blond
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 czerwca 2017

Tak sobie mówię, że kiedyś będzie lepiej. Że przyjdzie czas, że zaśmieję się z tego co mnie teraz dręczy, że będę opowiadać to jak dobry żart. Tak jak teraz opowiadam o  rozterkach miłosnych z lat nastoletnich. Śmiać mi się chce, a kiedyś to było jak koniec świata. Teraz to sobie myślę: "trzeba się było cieszyć z wolności a nie płakać" :D

Problemy dzisiejsze trochę inne, ale może kiedyś będzie mnie to śmieszyć.

Przecież jestem zdrowa, młody zdrowy, niemąż zdrowy. Co ważniejsze ponad to? Nic.

A że brakuje kasy, a że między nami nie tak, a że nie ogarniamy rzeczywistości to może kiedyś będzie śmieszne? Chcę, żeby tak było. Chcę obśmiać te problemy. Uciec od nich. A nie chodzić struta, zamyślona. Nie przekraczać progu mieszkania po pracy i wpadąć w złość.

Nie umiem uciec od problemów. Są. I nie umiem się cieszyć. Bo jest do bani. Bo mi źle. Smutno. Samotno nawet. Bo sobie nie radzimy. Bo poziom stresu wywala w kosmos. Jego i mnie. I choć się kochamy to wszystko jest nie tak.

13:47, ms.blond
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017

Podobno są tacy, którzy na wyjazdach z dziećmi odpoczywają...Podobno.. Bo ja takich nie znam.

Weekend u rodziny. Z nadaktywnym trzylatkiem. Powodzenia. Jeśli są na miejscu jakieś dzieci i się wspólnie zabawią to może chwilę posiedzisz, jak są starsze to może przypilnują i zajmą twoje młode czymkolwiek. Ale nie licz na to, że dziecko zje jakiś posiłek.

Moje przez dwa dni pobytu zjadło kromkę z dżemem, który zabrałam przezornie z domu, 3 łyżki rosołu i pół banana. Czym żył? Atrakcjami. Ledwo chodził. Był blady ze zmęczenia ale nie miał czasu usiąść, zjeść, napić się. Tyle atrakcji na wsi. Zwierzęta, dzieci, trampoliny i piłki.

Na dwa dni z dzieckiem jedziesz jak na dwadzieścia. Torba ciuchów na milion ewentualności, butów bo jak przemoczy, majtek bo jak posika. Coś na komary, na gorączkę na nie wiadomo jeszcze. Zapomniałam o torbie ukochanych zabawek, których i tak potem nie tknie bo na miejscu jest masę ciekawszych rzeczy, rowerze i piłce.

No i jasiek do spania. Ale to już dla matki :D

I kiedy idziecie głównym deptakiem, ze łzami w oczach spoglądasz na ogródki przed restauracjami, gdzie ludzie się relaksują. Bo wiesz, że nie ma szans, że usiądziesz na 5 minut. Chyba, że na zmianę. Bo właśnie biegnie, bo zobaczy balon, bo "ja nie będę siedział, ja chcę pobiegać", bo o tam, dalej jest coś ciekawszego.

Żeby tak na chwilę. Masz telefon, obejrzyj bajeczkę, mama i tata coś zjedzą, napijemy się coli? Chcesz? Normalnie dałby się pokroić, przychodzi i prosi " mamo ja kocham tefona, das mi tefona plose?" A jak chcesz niewychowawczo dać i mieć bagatela parę minut wśród ludzi to nie on nie chce, bo on musi biec ...

I patrzycie na siebie z tym wzrokiem, którego nie trzeba tłumaczyć. Ech czasy...

I mówisz: "to chodźmy na lody". Ale on akurat teraz lodów nie chce, bo by chciał po prostu poganiać, dotknąć tego świata, posmakować. I wdech i liczysz do stu.

I pakujesz do auta rozwrzeszczane bo on nie chce do domu. I jedziesz a on nie śpi całą drogę by usnąć 10 minut od domu. I masz chęć strzelić sobie w łeb.

Fajnie było. Prawda, super. Podobało ci się. Tak. Mnie też. Musimy częściej. Młody był taki szczęśliwy prawda.

Rodzicielstwo. Ten poziom.

 

Boję się wakacji.

13:59, ms.blond
Link Komentarze (2) »
środa, 07 czerwca 2017

Relaksuje mnie gotowanie. Uspokaja. Gdy jestem zła upieczenie placka pozwala mi się skupić na czymś innym, oderwać.

W złości oczyszczam lodówkę z resztek i wymyślam potrawy.

I tak dziś po kłótni z niemężem upiekłam ciasto z budyniem i truskawkami,zrobiłam koktajl który wcisnęłam młodemu i babci i sałatkę jarzynową. Usiadłam i jestem spokojniejsza.

Jeść mi się wcale nie chce.

18:17, ms.blond
Link Dodaj komentarz »

Dostaliśmy się do przedszkola!

Tak tak. Udało się. Oczekiwanie na wyniki rekrutacji było dla mnie tak stresujące jak nawet matura chyba nie była.

Teraz mam jeszcze większy stres. Jak to będzie. Czy będzie płakał, jak leżakowanie, które dla mnie osobiście było traumatyczne, czy cokolwiek będzie jadł skoro w domu prawie nie je, czy dzieci go polubią, czy nagle będzie przynosił do domu brzydkie wyrazy i nauczy się bić innych. Czy będzie wołał za potrzebami czy będzie moczył majtki.

Masa pytań, które zadaje sobie każda matka przedszkolaka.

11:02, ms.blond
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 czerwca 2017

Młody złapał kleszcza!

Na samą myśl cierpnie mi skóra.

Byliśmy na rodzinnej imprezie. Restauracja blisko lasu, masę miejsca do zabawy dla dzieciaków i taki finał.

Młody spędził 99,9% czasu na dworze. Nie zjadł kompletnie nic z zaproponowanego menu. Nie miał czasu. Postanowiłam wcisnąć mu chociaż kromkę chleba z masłem. Złapałam go gdzieś między piłką a bańkami mydlanymi. Patrzę, kropka za uchem. Patrzę, kropka ma chyba nogi. O Boże!

Lecę po niemęża, konsternacja przy stole. Niemąż ogląda. Tak, to kleszcz. O matko, mnie się robi słabo. Decydujemy, że jedziemy na pogotowie. Ja tego nie umiem wyjąć, boję się Boreliozy, zapalenia mózgu i wszystkiego co może przyjść do głowy. Chce mi się płakać.

Żona kuzyna niemęża bierze sprawy w swoje ręcę. Zgrabnie usuwa delikwenta, który w zasadzie jeszcze nie zdążył się zagnieździć a miejsce dezynfekuje alkoholem. Uspokaja mnie, że szybko zauważony, że nie zdążył nawet się wpiąć i że trzeba obserwować miejsce za uchem. Jeśli się zaogni biegiem do lekarza.

Nie mogłam się uspokoić. Niczego się tak nie boję jak kleszczy. Miejsce za uchem ledwie różowe, praktycznie niewidoczne. Ja wiem, że to tam, to widzę. Niby nie ma powodu do niepokoju a jednak jestem niespokojna.

14:42, ms.blond
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 czerwca 2017

Moje dziecko zaczęło nagle mówić po angielsku. Wszędobylski youtube wdarł się w nasze życie i zasiał to ziarno. Zaczęło się od kolorów, liczenia i kilku pioseneczek. A my pociągnęliśmy temat. 

Niemąż 7 lat mieszkał w UK, ja od zawsze miałam zdolność do języków i obiecaliśmy sobie że będziemy szlifować rozmówki. Ale nigdy nam nie wychodziło. Młody nas zmobilizował. W zasadzie to on teraz nas zmusza żebyśmy rozmawiali z nim po angielsku. Trafiło na podatny grunt. Po mamusi :-) On to kocha. Czasem do przesady.  Pamięć ma świetną,szybko łapie słówka. Dużo wymyśla sam i mamy z tego ubaw. A ostatnio w sklepie wprawił w konsternacje ludzi wybierając batonika w języku angielskim i dziękując po kolei mnie tatusiowi i pani kasjerce. Dał popis a ja czułam się głupio.

Dla rodzin dwujęzycznych to pewnie normalne czy polaków mieszkających za granicą. Ale my mieszkamy tu w polsce.

Zaskakuje mnie to dziecko każdego dnia.

07:56, ms.blond
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23