Kategorie: Wszystkie | kuchnia malucha
RSS
czwartek, 16 listopada 2017

Zastanawiam się czy te choroby się kiedykolwiek skończą. Młody po spędzeniu 3 tygodni w domu i dwóch antybiotykach poszedł do przedszkola. Bałam się jak cholera, ale on już sam chciał. Wczoraj po 3cim dniu wieczorem pełny nos i kaszel. I dziś już został w domu. Nie puszczam chorego dziecka do przedszkola.
Masakra jak dla mnie. Syn sąsiadów od września nie opuścił ani jednego dnia! A moje dziecko w październiku było łącznie 5 dni! We wrześniu podobnie. Jak to możliwe?

Atmosfera w domu średnia. Mamie zdecydowanie bardziej pasuje jak młody jest w przedszkolu. Ona ma wtedy telewizor tylko dla siebie. Znowu prawie nie rusza się z kanapy. Zastaję ją po powrocie z pracy zawsze w takiej samej pozycji. I seriale i programy do późnej nocy. Niczego nie opuszcza.  Zwrócenie uwagi kończy się awanturą.

Jestem ostatnio mocno przemęczona. Nadgodziny w pracy i ostatni gorący okres daje mi się we znaki. I ciągle coś trzeba załatwić. Tu mechanik, tu zakupy, tu gotowanie, pranie i sprzątanie. I chore potrzebujące matki dziecko, chcące zabawy, poczytania, przytulenia. I ta gonitwa dnia codziennego.Nie ma czasu dla siebie na jakiś relaks, głupie pomalowanie paznokci, czytanie, które tak kocham. I ja mam tylko jedno dziecko! Co mają powiedzieć wielodzietne matki. Szacun normalnie.

Z niemężem mało się widzimy. Sporo teraz pracuje. Trochę dorabia. Rzucił palenie! Wpada zmęczony, padnięty, do posiłku, trochę pobawi się z małym, dla którego jest wyrocznią i pada spać. O ile nie pracuje na nocną zmianę. Mówię mu, żeby trochę zwolnił, ale on przestawił się na tryb pracy. Nie poznaję chłopa! Mamy bilety do kina na sobotę więc w końcu spędzimy trochę czasu razem.

12:29, ms.blond
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 listopada 2017

W miniony weekend byliśmy u ciotki w mieście oddalonym od nas około 40 km. Niemąż obiecał ciotce malowanie przedpokoju i jakieś drobne naprawy. Jest sama, ma naprawdę marną emeryturę i po prostu jej nie stać na fachowca. Pojechaliśmy sami. Zanim jednak wyruszyliśmy, musiałam zaliczyć świąteczną pomoc z młodym. Mówiłam do mamy, że pojadę z nim do lekarza jak wrócę, trochę bolało go ucho, gorączki nie miał, pokasływał. Stan nie był poważny. Mama jednak się uparła a ja też wolałam być spokojniejsza. Dostał antybiotyk przepisany przez panią doktor, bo okazało się, że to początek zapalenia ucha.

U ciotki zeszło nam do 16. Wolałam jechać przed wieczorem, gdyż nie znoszę prowadzić po ciemku i nie przepadam za tą trasą.

Zaliczyliśmy jeszcze stację benzynową, dolałam paliwa ale zapomnieliśmy o dolaniu gazu. Uznaliśmy, że jak skończy się gaz, dojedziemy do domu na paliwie.

Gaz skończył się jakieś 5 km od domu. Gdzieś na jakimś zadupiu. Mimo paliwa w baku auto zdecydowało zakończyć pracę. Niemąż grzebał, cudował, próbował - nic. Zrobiło się ciemno. Ani jednej lampy, Auto zepchnęliśmy w jakąś polną dróżkę. Nie było kogo poprosić o pomoc. Wiadomo - w takich sytuacjach jesteś zdany tylko na siebie. Została nam tylko laweta. Miałam gdzieś ile za to zapłacę i że pójdą na to nasze absolutnie ostatnie pieniądze. Nie miałam tego w pakiecie ubezpieczeń niestety. Brat jak na złość był na jakimś szkoleniu. Co prawda bratowa chciała po nas przyjechać, ale nie mogliśmy zostawić auta w szczerym polu. A z holowaniem ani ona ani ja sobie byśmy nie poradziły, a niemąż wiadomo, że jak nie ma prawa jazdy to go to auta nie wpuszczę.

Chciałam być w domu. W zepsutym zimnym aucie spędziliśmy 1.5 godziny zanim przyjechała pomoc. Zmarzliśmy okropnie. Wiał bardzo silny wiatr ( słynny Grzegorz). Niemąż właśnie rzucał palenie, więc się ciskał jak Lew i darł się jak głupi.

Lawetą przyjechała dziewczyna lekko ponad 20 lat, długie blond włosy. Oniemieliśmy jak sprawnie poradziła sobie z zapakowaniem auta.

Bilans strat:

- laweta - 120 zł

- naprawa auta - 350 zł i to nie koniec ( nie pytajcie mnie co się zepsuło bo nie będę kozaczyć że się znam)

- 50 zł - leki na przeziębienie którego się nabawiłam.

Zbieramy na nowe auto.

12:07, ms.blond
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 października 2017

Synio dwa tygodnie chorował i brał antybiotyk. Z duszą na ramieniu puściłam go do przedszkola. Był 3 dni. Znowu chory. Brak sił normalnie. 

- Kocham panią A. do końca życia!- oznajmiił poważnym tonem.

Pani A. to jego wychowawczyni. Także ... jak zacząć to z grubej rury. A myślałam że pierwsza miłość to będzie koleżanka z grupy czy coś. 

Wczoraj bawiliśmy się w policjanta i złodzieja. On był policjantem:

- Jestem Maksio,rządzę w mieście i kłamię - krzyczał do mnie -a ty idziesz do więzienia! 

Myślałam że pęknę. Skąd mu coś takiego przyszło do  głowy? Ostatnio dziwne rzeczy opowiada. Widzę w tym wpływ przedszkola. Odpowiedziałam mu że dobrze że mnie zamyka to chociaż posiedzę trochę w ciszy i spokoju. :-)

W domu po mniej więcej miesiącu sielankowej atnosfery mamę znowu coś nagryzło i jest masakra. Wracam do domu a ona siedzi z fochem. A weź się odezwij. Strach. Wiedziałam że jej dobry nastrój pryśnie jak bańka mydlana i zniknie równie niespodziewanie jak się pojawił. Jesienna depresja?

Niemąż rzuca palenie. Serio. Dwa tygodnie koszmaru. Mój okres czy PMS to jest pikuś przy jego humorkach. A je przy tym jak dziki. Mam pewne wątpliwości co do jego wagi za parę miesięcy. Chodzi na basen i ćwiczymy w domu. Wczoraj przywlókł do domu stepper. Ale młody mi nawet nie dał tknąć palcem bo miał zabawę na caly wieczór.

Jutro mam wychodne z koleżankami. Chłopaki rządzą się sami.

22:10, ms.blond
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 września 2017

I znowu mały chory. Pochodził 5 dni do przedszkola, z czego 2 płakał, że absolutnie nie chce iść a 3 że bardzo chce iść do przedszkola. Że Adaś to jego najlepszy kolega. I że jest koleżanka Marta i Tosia. I jeszcze Staś. I jak już nastąpił przełom i skończył się płacz i lament, to się rozchorował. Dżizas.

Kaszle potwornie, śpi ze mną, bo niemąż w tym tygodniu chodzi na noce, więc mu pozwoliłam. Wczepiony we mnie jak mały pajączek, jak huba drzewna. Wielkie łóżko a my na kawałeczku. Nie wysypiam się. Ale ta jego potrzeba bliskości w chorobie jest rozczulająca.

W aptece zostawiłam kupę kasy, wiadomo.

W ogóle wrzesień finansowo koszmarny. I tylko jakoś między mną a niemężem lepiej. Dużo się zmienił. Raz z miesiącu chodzimy na spotkania z psychologiem. Na ostatnim spotkaniu pani psycholog powiedziała, że widać zmianę, energię między nami zamiast napięcia. No i miłość.

Jest nam przyjemniej być ze sobą. Kłócimy się potwornie o drobiazgi. Ale i godzimy szybko. Atomosfera w domu przyjazna.

Długą drogę przeszliśmy do tego miejsca. Oby tak zostało na dłużej.

11:02, ms.blond
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 września 2017

Młody chodził do przedszkola 4 dni. W piątek był już chory i lekarz nakazał zostać w domu cały następny tydzień.

Przedszkole nie podoba się ani jemu ani mnie. Totalny haos,nie do końca kompetentna kadra, nikt nic nie wie. Wychowawczyni nowicjuszka. Miła, młoda dziewczyna. Stara się,ale trochę to średnio wychodzi.

Maks był zachwycony 1szego dnia. Zachwyt zakończył się z chwilą,kiedy panie chciały go karmić na siłę. Moje dziecko jako jedyne w grupie nie je nic. Musiałam dać coś z domu mimo że płacę za posiłki 7 zł dziennie. Jak przekonać niejadka do posiłków? 

W czwartek płakał potwornie bo bał się że będzie musiał jeść. Masakra. Ja w domu też mam z nim problem ale nie karmię go na siłę. Dramaty mamy niejadka. Kto nie przezyl nie zrozumie.

I kolejna rzecz-spanie. Znowu Maks i jeszcze jeden chłopiec nie śpią. Maks miał oczy spuchnięte od płaczu. Od dawna nie śpi w dzień. O znowu chciały go zmusić. Poruszyłam ten temat na zebraniu. Może nie spać ale leżec musi. Extra... Nawet nie skomentuję.

I tyle z przedszkola

A moze jeszcze tyle że wyprawka kosztuje 360 zł! Ubezpieczenie 46 zł. Do tego był juz komcert po 4 zł. Rytmika 10 zł. Opłata za godziny i posiłki-250 zł. Umarłam. 

18:31, ms.blond
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 września 2017

Pierwszy dzień w przedszkolu za nami. Byłam dzielna,nie płakałam :-) Mój syn też ale to było jasne od początku.

- Ja chcę się tutaj bawić.-stwierdził. I tyle go widzieliśmy. Gdyby nie obecność niemęża wyszłabym z płaczem jak niejedna szalona matka. On mnie powstrzymał.

Babcia za to się spłakała jak młodego odebrała po obiedzie. On zresztą na jej widok też. I jak te wariaty płakali bez powodu. Bo mlody zadowolony,ma już kolegę i chce jutro iść znowu. Pani słusznie zauważyła, że Maks jest nadpobudliwy. Wiem. Cóż. Jest nad czym pracować. I się nie zsiusiał w majtki czym mnie szalenie zaskoczył bo naszykowałam dwie zmiany ubrań,sądząc że w ferworze zabawy się zapomni.

Ulżylo mi to raz. A dwa że jestem szalenie dumna!

Podobno każde dziecko ma kryzys...Także tego...

20:14, ms.blond
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 sierpnia 2017

W naszym domu nastały pewnie zmiany w zachowaniu mojej mamy. Stała się jakby łagodniejsza, patrzy na nas łaskawszym okiem. Niemąż zaplusował u niej, wykonując dla niej drobne prace remontowe i sam położył nową podłogę. Mama nawet któregoś dnia kupiła mu papierosy i piwo! Nie do uwierzenia?!

Nawiasem mówiąc walczę z nim okrutnie o to palenie. Nie stać nas na takie fanaberie. A jemu jest ciężko. Tabletki, plastry. Nie wiem jak mu pomóc. Stres nie pomaga w zwalczeniu nałogu.

Ale reasumując, ostatnio atmosfera w domu jest naprawdę przyjazna i przyjemna.

Oby dłużej i częściej.

12:37, ms.blond
Link Komentarze (1) »
środa, 16 sierpnia 2017

Nastawi sobie taki budzik na 6:35, usiądzie na łóżku z taką miną, jakby za chwilę miał zejść z tego świata, po czym stwierdza, że w przyszłym tygodniu załatwi tą sprawę, pójdzie, ale dziś bardzo, ale to bardzo bolą go ręce. Tak bardzo, że ja tego nie zrozumiem i w ogóle jestem wszystkowiedząca. A on woli do pracy iść zdrowy a teraz odpocząć.

A mnie krew zalewa, nerwy mnie biorą, ciśnienie skacze. Co za typ! I już mam zepsuty nastrój na cały dzień. Poranne wstawanie tego osobnika to jakiś dramat. Inaczej nazwać tego nie można. Jeśli młody tak będzie wstawał do przedszkola to ja marnie widzę swoje zdrowie psychiczne. Ja za nerwowa jestem.

Kawa.. teraz tylko kawa i może zapomnę o tych nerwach...

08:16, ms.blond
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 sierpnia 2017

Urlopu potrzebowaliśmy jak kania dżdżu. W góry jechaliśmy spięci,zdenerwowani. Ja prowadziłam a niemąż z tylnego siedzenia wściekał się że on nie może. Darł się na mnie,pokrzykiwał. Kłóciliśmy się okropnie i ze dwa razy mieliśmy zawracać. 

Ale dotarliśmy. I było fajnie. I odpoczęłam. /Na ile można odpocząć przy humorzastym nadaktywnym trzylatku.../ I jedliśmy pysznego pstrąga i kwaśnicę taką że hej. I kąpaliśmy się w potoku i zrobiliśmy masę kilometrów na pieszo. I było uroczo. Tak jak oboje lubimy. Nawet były romantyczne chwile. I wydaliśmy trochę za dużo jak na nas. Ale niestety ceny czasem są jak z kosmosu.

Nabrałam ciepłych rzeczy,bo kto się spodziewał że po takim paskudnym lipcu nastąpi upał 34 stopnie? No kto? I żadnego kremu z filtrem. Jak kupilam to już było po balu. Pierwszego dnia spiekliśmy się aż nam skóra schodzi. 

Wracaliśmy zrelaksowani,uśmiechnięci,opaleni /aż za bardzo/ i w ogóle sielanka. Babcia stęskniona za wnusiem i nawet za nami

Jeden problem zabraliśmy ze soba i przywieźliśmy do domu. Punkt zapalny- trzyletni niejadek. Ja jestem za nerwowa. Ja nie umiem spokojnie patrzeć na to wszystko. I się kłócimy. I sielankowy urlop prysnął jak mydlana bańka.

Nagotujesz i bach i rzyg. I próbujesz z czymś innym. I caly dzień chodzenia,pływania i innych atrakcji a on nie tknie nic. On może całe dnie o kromce chleba. A żeby zjadł coś na ciepło,mięso,cokolwiek to można szału dostać. To jest jedyne dziecko jakie znam które nie lubi frytek, pizzy i innego świństwa. Nie lubi nawet słodyczy jakoś szczególnie. Nie je ziemniaków,klusek,sosów,zup,kotlecików, praktycznie nic nie je. Czerpie energię ze słońca i rodziców. Wysysa wszystko do kości. Mnie już nerwy puszczają. A oni się pieszczą z nim. 

I te rady-a spróbuj mu dać to a to,a ugotuj mu taką potrawę. Ludzie! Ja świetnie gotuję. I jestem w stanie mu naprawdę ugotować różności. Tyle że to na nic. Ciągle próbuję. Nie i koniec. I odruch wymiotny. I fochy. I każdy obiad go stres. I nie chcę przy tym być. A oni że daj mu będzie jadł. A kończy się jak zawsze.

Czuję się beznadziejną matką.

 

07:21, ms.blond
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 lipca 2017

Koleżanka wyszła za mąż. Nie zaprosiła mnie nawet na ślub. Mimo, że mieszka prawie obok mnie i kiedyś byłyśmy naprawdę blisko. Od jakiegoś czasu nie utrzymywałyśmy kontaktu bo urodziłam dziecko i jak wiadomo przestałam być atrakcyjna towarzysko. I te emocje, które towarzyszyły mi po porodzie odżyły we mnie na nowo.

Było mi przykro, że mnie nawet na cholerny ślub nie zaprosiła, choć w zasadzie nie powinno. Ale poczułam się jakoś totalnie zepchnięta na margines. 

Singielki i dziewczyny w związkach bez dzieci nie lubią matek. Może nie wszystkie ale ja tego doświadczyłam. Chociaż nie jestem osobą, która w towarzystwie opowiada o kupce swojego dziecka. Jest tyle fajnych tematów do rozmowy. A jednak wypadasz z obiegu. Jakbyś przestała istnieć z chwilą, kiedy w twoim życiu pojawia się maluch. Na początku tak boleśnie to odczułam. Czy nie ma już ze mną o czym rozmawiać? Czy przestałam być sobą? Co jest nie tak? Nie mogłam tego zrozumieć. Koleżanki unikały mnie jak ognia. Co ja takiego zrobiłam - pytałam siebie.

I te dziwne spojrzenia, kiedy idziesz z dzieckiem. Czy tylko ja to tak odczuwam? Pewnie gadają za moimi plecami, że się zapuściłam, że one jak urodzą to nigdy w życiu tak nie będą wyglądać, że bez przesady.

I osiągasz level rodzicielstwo. I przyjaźnie okazują się gówno warte, bo przyjaźń znajdujesz w osobie partnera, matki, babci czy kogokolwiek z rodziny. A tzw przyjaciółka to ci może jedynie tyłek obrobić. Bo ma cię gdzieś. I może przypomni sobie o tobie jak będzie chciała złożyć wniosek na becikowe jak dziecko urodzi. To tyle z przyjaźni.

10:47, ms.blond
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24