Kategorie: Wszystkie | kuchnia malucha
RSS
środa, 22 marca 2017

Urodziny młodego się odbyły. Ja oczywiście przeżywałam jak mrówka okres, ale jak zwykle niepotrzebnie. Tort wyszedł nam pyszny, wszyscy w zachwycie. A mi ulżyło. Co roku wychodzi lepszy. Do 18tki osiągnięmy mistrzostwo :D

Niemąż mi pomagał dzielnie. Tort właściwie udekorował sam. Tknąć mi nie dał.

Jak robiliśmy obiad, zabroniłam mężowi podjadać. Ślina mu ciekła ale ja jak ten ceber nie i koniec bo zabraknie. Oczywiście sporo zostało jeszcze.

Dzieć zadowolony, ba- przeszczęśliwy. Dmuchanie świeczek ćwiczył już parę dni, na świeczce wbitej w jabłko. Ciągle musiałam śpiewać sto lat i klaskać. Takie próby przed premierą :D

 

No i mam w domu już kawalera. Tyle że kawaler nie umie się rozstać z pieluchą i smoczkiem.

- Ja lubię pieluchę - mówi do mnie kiedy sadzam go na nocnik.

- Jestem supermenem - woła - będę latował świat.

- Supermen na pewno robi siku i kupkę na kibelek i ratuje świat bez pieluchy - przekonuje go ojciec.

Sukcesu na tym polu puki co brak.

09:20, ms.blond
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 marca 2017

Wychodzimy z domu. Po zakupy. Młody po chorobie więc chciałam go troszkę przewietrzyć. Na ocieplane kozaczki już za ciepło. Z szafy wyjmuję butki, które dostaliśmy po kuzynie. Skórzane, dobrej firmy.

- Nieeee - krzyczy młody - nie buty wuja Kasza, buty Okara - nieeee!

( Nie chcę butów od wuja Łukasza bo to buty Oskara!)

Ryk i płacz, łzy jak grochy. I zawodzenie.

- Choć, ja już wychodzę. Nie możesz iść na bosaka przecież. - zapewniam go i uchylam drzwi.

- Mamo, ciekaj - woła - nie buty, nie chcę!

Bierze mnie za rękę i idzie, ale co schodek to zawodzenie i wielkie łzy. Zapinam go w fotelik i płacze. Dociera do nas tatuś. Wsiada do auta:

-Fajne buty co Maksiu? - pyta go podstępnie

- Fajne, noo- przytakuje młody- Fajne buty.

I problem z butami znika.

I tak jest z każdą nową rzeczą. Nową kurtką, nową czapką. Z butami najgorzej zawsze.

09:23, ms.blond
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 marca 2017

W domu szpital. Zaczęło się od najmłodszego. I teraz wszyscy jesteśmy chorzy. Wczoraj poszliśmy do łóżka o jakieś niewyobrażalnie wczesnej godzinie. Ból mięśni był nie do zniesienia. Katar i ogólne rozbicie. Łóżko wołało mnie już od momentu, kiedy po pracy przekroczyłam próg mieszkania.

Niemąż marudził umiarkowanie, trochę z racji dnia kobiet a trochę, bo wiedział, że ja też czuję się paskudnie. Młody miał najwięcej siły z nas wszystkich i zastanawiałam się jak on to robi mimo choroby. Apetytu zero, za to pił ogromne ilości płynów.

W końcu skapitulował i wlazł z nami pod kołdrę.

Nie znoszę chorować. Zwłaszcza jak jestem matką. Wtedy złe samopoczucie wchodzi na hard level.

13:33, ms.blond
Link Komentarze (2) »
środa, 08 marca 2017

Wróciłam do domu, sosik wesoło pyrkał na gazie. Niemąż siedział z miną "no i co, nie zdążyłem?"

A zdążył i to jak. Kopytka, sosik z marchewką i papryką. Pikantny i naprawdę pyszny, chociaż ja niespecjalnie lubię kopytka i sosy mięsne.

Chodził potem dumny jak paw i mówił: "lubię dobrze zjeść, to czasem coś upichcę" a ja się śmiałam do rozpuku.

Ostatecznie dobrze mu robi to gotowanie. I chwalenie oczywiście. Nie wiem co mu robi lepiej.

08:10, ms.blond
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 marca 2017

Niemąż wiecznie się chwalił jak to w czasach kiedy był w wojsku gotował w wojskowej kuchni tak, że nawet dowódca zaczął jeść posiłki. Ochów i achów na temat swoich umiejętności przygotowania mięsa nie było końca.

W domu do tej pory prawie nie gotował, bo robiłam to głównie ja lub mama. Teraz postanowiłam go włączyć do tych powinności bo jak jest w domu to zwyczajnie musi się tym zająć.

Od czasu do czasu coś przygotował, raz nawet zaskoczył mnie samodzielnie przygotowanym obiadem.

Dziś miał robić sos. Koło południa dzwonił, że o drugiej będzie "się brał". O trzynastej zadzwonił, że jak skończy się film, który ogląda to "się bierze". O piętnastej zadzwonił, że daje młodemu obiad i "się bierze".

Obiad miał być na 16. Zakładając że sos z wieprzowiny dusi się około 1,5 godziny powinien zacząć ok 14.30 (tak jak planował zresztą).

Myślę, że jak dotrę do domu powie" właśnie miałem się wziąć".

Przykro mi się zrobiło, a on się obraził, że zareagowałam nerwowo gdy rozmawiałam z nim przez ten telefon. Chciałam go pochwalić, pokazać mu że jestem dumna, że mi pomaga, że bardzo mi smakuje chociaż nie znoszę takich sosów.

I wyszło jak zwykle...

15:33, ms.blond
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 lutego 2017

Nie sądziłam,że weekend w domu może być jak dwudniowy wyjazd.

Serio. Jak wróciłam w piątek z pracy,matki już nie było. W domu inne powietrze. Niemąż uśmiechnięty,zrelaksowany i czarujący.

Cały wieczór spinał się,żeby zmęczyć młodego i jak najsprawniej połoźyć spać. Ale dzieci mają jakiś wewnętrzny radar i ni cholewki nie był zmęczony.

Ja już oczami wyobraźni sączyłam wino z kieliszka a niemąż patrzył głodnym wzrokiem w moją stronę. Taki romantyzm z dzieckiem w tle ma inne oblicze. Uśmiałam się nie powiem. W końcu udało nam się położyć syna spać a my podjęliśmy próby spędzenia romantycznego wieczoru.

Sobota była fajna. Niemąż wstał bez szemrania. Bez budzenia i bez marudzenia ze jeszcze 5 minut jeszcze 15 i już. Zrobił kawę i był fajny.

Wspólne zakupy,spacer. Sprzątanie poszło nam sprawnie bo we dwoje. Obiad zjedliśmy jak ludzie w końcu przy dużym stole. Z uśmiechem i bez kłótni. Jezu jak inaczej wyglądał dzień. 

Zrobiłam szarlotkę i pojechaliśmy do znajomych,z ktorymi byliśmy od dość dawna umówieni. Zero kłótni po drodze,krzyków i fochów. Uśmiechnięta rodzina.

Wieczór super. Potrzebowaliśmy takiego oderwania się od wszystkiego,spotkania z fajnymi ludźmi. Dzieciaki dokazywały dość długo. Młody usnął w drodze powrotnej i trochę płakał jak wnieśliśmy go do domu. W końcu dostałam zasłużonego drinka.Dzień zakończył się bardzo miłym akcentem.

A w niedzielę rano, niemąż je śniadanie, ja w koszuli snuję się z kubkiem kawy.

Brzdęk klucza w zamku. Wróciła mama.

A wraz z nią do domu wróciła zima.

Zwinęliśmy się do siebie, jak nieproszeni goście i tak minęło popołudnie. Praktycznie z nami nie rozmawiała. Ciotka dała mi jakieś drobiazgi o czym dowiedziałam się dopiero od niej samej, bo matka wszystko wzięła dla siebie. Szkoda słów.

Wieczorem, kiedy niemąż poszedł już do pracy i zostaliśmy sami, przyszła ochrzanić mnie, że smrodzę zapachową świeczką, a dziecko będzie w tym spało...

Także tego...

08:28, ms.blond
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 lutego 2017

Stało się coś cudownego - mama wyjechała na weekend!

Mamy dla siebie prawie całe 3 dni!

W planach romantyczny wieczór...

15:22, ms.blond
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 lutego 2017

W domu jakby ocieplenie. Nie wpadam w euforię zbyt wcześnie bo wiadomo jak to z moją mamą jest.

Robiłyśmy razem pączki!
Sama zaproponowała. I wyszło nawet fajnie. I normalnie jak kiedyś. I nawet rozmawiała z niemężem. I byliśmy w ogólnym szoku.

08:15, ms.blond
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 lutego 2017

Próbuję utrzymać się na powierzchni. Próbuję emocjonalnie się odciąć od chłodu mojej matki i jej dziwnego zachowania. Chowam się w pokoju i tłumię łzy. Nie rozumiem dlaczego to robi. Czuję się jakbym nagle straciła rodzinę. Jak będą wyglądały święta wielkanocne? Czy zaprosi mojego brata, oni będą jeść to co przygotuje mama, a my w drugim pokoju swoje jedzenie?Dla mnie to takie pozbawione sensu.

Niemąż chodzi jak lew po klatce, jest nerwowy. Wybucha z byle powodu. Trudno mu jest. Głównie dlatego, że nie może się odezwać. Nie jest u siebie jeszcze bardziej niż ja. Czujemy się na intruzi, niechciani goście, którzy przyszli z wizytą i siedzą zbyt długo.

Trudno tłumaczyć dziecku, że nie może napić się TEJ wody bo jest nie nasza. Babcia słyszy jak młody płacze, ale nie mówi - nalej mu. Tłumaczymy, że nasza woda mineralna się skończyła, że może się napić tylko tej z dzbanka. W końcu daje się przekonać kolorową rurką do picia i się uspokaja.

W sobotę mama gdzieś wychodzi i wraca wieczorem. Delektujemy się ciszą, spokojem, pijemy po kieliszku mojej nalewki z pigwy i bawimy się małym kolejką. Kiedy wraca mama ma dobry humor, nawet trochę rozmawia. Przez chwilę zdawało nam się, że może będzie lepiej. Ale w niedzielę słyszę - dlaczego bierzesz mój makaron?

Przez chwilę mnie zatyka. "Mój" był cały zamknięty, potrzebowałam tylko troszkę, dla dziecka. Po co otwierać kolejne opakowanie. Nie sądziłam, że z makaronu będzie afera, nawet nie myślałam w tych kategoriach. Mówię z sarkazmem, żeby zaznaczyła opakowania markerem bo mam trudność z identyfikacją co kupowałam ja a co ona.Odkładam "jej" i otwieram paczkę "swojego". Idę do pokoju i płaczę. Mały nie wie co się dzieje.

I ja też nie wiem co się dzieje.

12:51, ms.blond
Link Komentarze (6) »
środa, 15 lutego 2017

Nie było żadnych Walentynek, kwiatów i serduszek. Nie było świętowania. Szara, brudna codzienność za ostatni grosz. Niemąż wysłał mi sms jak byłam w pracy, nawet wzruszającego, jednak nie wzbudził on we mnie fali miłości, raczej zażenowanie. Co mi po słowach.
Rzeczy matki nie tykam, choćbym miała paść z głodu. Nie pożyczę od niej pieniędzy. Ratuję się makaronem i zapasami w słoikach. Puki syn nie jest głodny jestem spokojna.

Byłam w banku zapytać o możliwość otrzymania kredytu mieszkaniowego przeze mnie samodzielnie. Musiałabym spłacić kredyt który mam obecnie i zgromadzić wkład własny. Czyli moje szanse spadły do zera. Kiedy brakuje na codzienne wydatki jak odłożyć taką sumę? Wróciłam do domu i się rozpłakałam. Niemąż szedł na nocną zmianę, coś próbował powiedzieć, pocieszyć ale nie oczekiwałam zupełnie nic od niego. Chciałam żeby już poszedł do tej pracy.

Nie wierzę, że się zmieni. Jest nieodpowiedzialnym młokosem, wciąż z jakimiś idealistycznymi przekonaniami, oderwany od rzeczywistości. Nic go nie nauczyły porażki życiowe, jest beznadziejnie pewny siebie w sytuacji kiedy ja mam ochotę wyć.

Codziennie mówię sobie, że dam radę. Ale czy dam?

08:58, ms.blond
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21